wtorek, 2 lutego 2010

Lick.

Na poprawę humoru, chociaż tak naprawdę to nic mi go nie zepsuło kupiłem sobie aż dwie różowopodobne rzeczy.Ten niegdyś nie tolerowany kolor, teraz kojarzy mi się dobrze z sorbetami malinowymi jedzonymi w lato na moście z A. za wysypiskiem śmieci gdzie przyroda zdaję się być nienaruszona żadną działalnością człowieka.Sam most wygląda jakby stworzyła go natura-opleciony zielonymi pnączami z białymi kwiatkami wyrastającymi z różnych miejsc.Teraz to miejsce umarło ale można po zimie i po wiośnie znów będę tam chadzał i odłączał się od zgiełku świata.Z tanim winem w ręku, malinowym sorbetem i całą masą opowieści do obgadania, przegadania i dopowiedzenia sobie w nich końca.
Czasem myślę sobie czy muszę udawać tak złą i niemiłą osobę czy naprawdę taki jestem.Nie wiem kiedy powiedzieć sobie stop.Nie umiem opanować swojej agresji wobec świata, swojego strachu przed ludźmi.Może dlatego jestem aż tak popaprany.Nie sądzę żeby to miało jakieś podłoże zahaczające o patologię rodzinną.Bo w końcu dzieciństwo miałem wspaniałe.
Nie lubię wracać do starych zdjęć do starych filmów i starych opowieści w których uczestniczę.Nie lubię się cofać.Muszę przeć naprzód.Nie mogę się zatrzymać bo wypadnę z rytmu.A wiadomo, że rytm jest najważniejszy.

1 komentarz:

M. pisze...

Jeżeli o to bycie niemiłym chodzi- mam tak samo. No i ten sam problem: taka jestem czy udaję?